Info

Więcej o mnie.
2016

2015

2014

2013

2012

Moje rowery i nie tylko
Wykres roczny

Archiwum bloga
- 2016, Kwiecień2 - 0
- 2016, Marzec21 - 33
- 2016, Luty10 - 8
- 2016, Styczeń11 - 9
- 2015, Grudzień16 - 33
- 2015, Listopad5 - 6
- 2015, Październik22 - 66
- 2015, Wrzesień24 - 36
- 2015, Sierpień23 - 48
- 2015, Lipiec14 - 45
- 2015, Czerwiec19 - 52
- 2015, Maj24 - 74
- 2015, Kwiecień19 - 96
- 2015, Marzec19 - 61
- 2015, Luty16 - 46
- 2015, Styczeń12 - 56
- 2014, Grudzień6 - 17
- 2014, Listopad7 - 19
- 2014, Październik6 - 28
- 2014, Wrzesień10 - 32
- 2014, Sierpień15 - 44
- 2014, Lipiec13 - 32
- 2014, Czerwiec15 - 27
- 2014, Maj20 - 42
- 2014, Kwiecień16 - 18
- 2014, Marzec18 - 23
- 2014, Luty13 - 13
- 2014, Styczeń14 - 15
- 2013, Październik4 - 1
- 2013, Wrzesień7 - 4
- 2013, Sierpień5 - 1
- 2013, Lipiec13 - 19
- 2013, Czerwiec18 - 30
- 2013, Maj12 - 22
- 2013, Kwiecień13 - 18
- 2013, Marzec6 - 17
- 2013, Luty6 - 1
- 2013, Styczeń2 - 2
- 2012, Październik3 - 0
- 2012, Wrzesień6 - 7
- 2012, Sierpień10 - 6
- 2012, Lipiec15 - 2
- 2012, Czerwiec7 - 0
- 2012, Maj8 - 0
- 2012, Kwiecień11 - 4
- 2012, Marzec12 - 3
Wpisy archiwalne w kategorii
z Krzyśkiem
Dystans całkowity: | 2682.74 km (w terenie 182.00 km; 6.78%) |
Czas w ruchu: | 104:15 |
Średnia prędkość: | 25.73 km/h |
Maksymalna prędkość: | 62.00 km/h |
Suma podjazdów: | 10555 m |
Maks. tętno maksymalne: | 174 (91 %) |
Maks. tętno średnie: | 159 (83 %) |
Suma kalorii: | 54250 kcal |
Liczba aktywności: | 25 |
Średnio na aktywność: | 107.31 km i 4h 10m |
Więcej statystyk |
- Dystans 63.08km
- Czas 02:37
- VAVG 24.11km/h
- VMAX 43.20km/h
- Temperatura 12.3°C
- HRmax 164 ( 86%)
- HRavg 131 ( 68%)
- Kalorie 1488kcal
- Podjazdy 439m
- Sprzęt Merida BigNine TFS 900 29er /2012/
- Aktywność Jazda na rowerze
Od rana do wieczora
Wtorek, 24 marca 2015 · dodano: 24.03.2015 | Komentarze 2
Jakoś dzisiaj się tak złożyło, że rower towarzyszył mi od samego rano do wieczora. W sumie wszystko wyszło bardzo fajnie, bo wszędzie udało mi się zdążyć i wszystko załatwić. Przy okazji przejechałem kilkadziesiąt kilometrów i pokonałem kilka segmentów. To co wczoraj mi za bardzo nie wyszło dzisiaj zostało zrealizowane. Podjazd przy ulicy nasypowej został pokonany z odpowiednią prędkością. Teraz czekam na atak naszego "minikoksika - leszczyka" :) Mam nadzieję, że zdążył się nacieszyć pierwszym miejscem na segmencie. W tej chwili ma troszkę czasu na odzyskanie "koszulki w czerwone kropki" chociaż chyba i tak mu się należy za notoryczne zdobywanie "korony północy"!Rano droga do pracy jak zwykle, może troszkę lepiej niż zwykle ponieważ rano było bardzo przyjemnie. Temperatura około 5-6° oraz prawie nieodczuwalny wiatr. Około 10tej musiałem wyskoczyć do Coolbike. Dzięki uprzejmości Pawła z serwisu miałem przejrzany amortyzator na miejscu. Tak naprawdę powinienem zrobić to wcześniej. Merida ma przejechane 12 300 km, a amortyzator przez ten czas kompletnie nie był dotykany. Ostatnio coś czułem, że był odrobinę za miękki nawet gdy był zablokowany. W czasie gdy Paweł zajmował się moim sprzętem ja miałem niewątpliwą przyjemność pojeździć chwile jego Giantem XTC. Wrażenie jakie na mnie wywarł ten rower jest nie do opisania. Szczególnie zachwycony byłem napędem. Niby standardowy 2x10 XT z manetkami XTR ale chodzi jak złoto. Zmiana przełożeń jest fantastyczna (to pewnie zasługa manetek). Zdziwiła mnie również kultura pracy napędu. Wszystko funkcjonowało jak w świetnie wyregulowanej szosie! Drugi ogromny plus to rozmiar i geometria ramy. Mimo, że siedziałem na tym rowerze krótko i po raz pierwszy poczułem się "jak w domu". Coś czuję, że "polowanie" czas zacząć! :) Część "gratów" z Meridy pewnie znalazłoby zastosowanie w nowym sprzęcie. Merida w stanie spoczynku zostałaby rowerem zimowo-zakupowym :) Przyszłość pokaże.
Po serwisie do pracy, a po pracy spotkanie z Krzyśkiem i jazda na ping-ponga ;) Troszkę dookoła ale trafiliśmy. Na Owocowej Krzysiek pokazał mi jak powinno się pokonywać podjazdy. To co zrobił w pierwszej chwili przypomniało mi odejścia Grześka na ustawce ;)
Później pojechaliśmy już spokojnie zmierzyć się z segmentem na Nasypowej. Tutaj już było bardziej równo (zobaczymy wyniki jak Krzysiek wrzuci dane). Następnie do domu po sprzęt i na ping-ponga przez Smolęcin, Warnik, Stobno na Mierzyn ;) Tutaj już pokazałem Krzyśkowi... plecy :) Czasami musiałem czekać aż złapie koło. W pewnym momencie zaczął mnie nawet wyzywać od "koksów" :)
Dwie godzinki troszkę innego ruchu i o 20-tej znowu na rower. Pierwsza chwila była nie za przyjemna. Ciuchy nie zdążyły wyschnąć i były mokre i zimne. Na szczęście po chwili na ciele ogrzały się. Osiem kilometrów do domu na lampce pokonane dość żwawo.
Dzisiaj nie było zmiłuj :) Poruszałem się troszkę. 1500 kcal spalone na rowerze z 500 na pp... Daje dobry wynik ;)

Dobry sklep i świetny serwis - zawsze wychodzę stąd zadowolony - coolbike.pl
Kategoria 50 - 100 km, DDP, z Krzyśkiem
- Dystans 127.03km
- Czas 04:41
- VAVG 27.12km/h
- VMAX 48.30km/h
- Temperatura 8.9°C
- HRmax 164 ( 86%)
- HRavg 138 ( 72%)
- Kalorie 2784kcal
- Podjazdy 307m
- Sprzęt Focus Izalco Team SL 2.0 2014
- Aktywność Jazda na rowerze
No i znowu po kota
Sobota, 7 marca 2015 · dodano: 07.03.2015 | Komentarze 4
Po serii krótkich wycieczek, głównie dojazdów do pracy czas było przejechać coś więcej niż 40 kilometrów. Okazja ku temu była wyborna ponieważ w końcu Krzysiek raczył się ruszyć poza Kijewo i postanowił, że będzie mi dzisiaj towarzyszył. Zaznaczył jednak na samym wstępie, że pojedzie pod pewnymi warunkami. Zażyczył sobie temperatury powyżej 10°, na całej trasie wiatru w plecy i oczywiście całą drogę ma być z górki... Pomyślałem sobie, mówisz i masz. W piątek wieczorem usiadłem do komputera i zaczęło się kombinowanie. Najpierw sprawdziłem pogodę. Wszystko było w porządku. Temperatura popołudniu około 11°, wiatr 8-9 m/s i tu pojawił się problem... cały czas z południowego zachodu.... No dobra myślę sobie, wyznaczę trasę non stop z górki to nie zauważy, że wieje mu troszkę z boku. No i tu napotkałem kolejny problem. Jak wyjechać z Warzymic jadąc z górki? W którą bym stronę nie poruszył się planując trasę w Garmin Connect zawsze miałem pod górkę... Jak to zrobić aby było z wiatrem i z górki kiedy nijak nie wychodzi, a dodatkowo zawsze jest pod wiatr i pod górkę. Nie miałem pomysłu. Ułożyłem trasę zgodnie z zapotrzebowaniem na troszkę ponad 100 km i poszedłem spać z nadzieją, że w nocy zmienią prognozy pogody i w czasie snu zdarzy się jakieś drobne trzęsienie ziemi, które zamieni podjazdy w zjazdy.Wstaję rano i co widzę... żadnych zmian. Trzęsienia raczej nie było, a wiatr będzie mocniejszy niż wcześniej zapowiadany. No cóż... nic na to nie poradzę. O 8. telefon od Krzyśka
- Cześć, nie chce mi się wstawać, nie jadę dziś nigdzie - mówi Krzysiek
- Cześć, no trudno jeszcze sobie pojeździmy razem, pojadę dziś sam - odpowiadam
- Żartowałem, będę przed 10. Do zobaczenia
Już rano mnie nastraszył, ale takie żarty to rzadkość u Krzyśka, więc pewnie ma dobry humor i wybaczy mi, że nie spełniłem żadnego z jego warunków :)
Zgodnie z zapowiedzią Krzysiek jest u mnie przed 10. Startujemy z Warzymic zgodnie z planem. Podjazd pod Warnik dam już nam przedsmak tego co przeżyliśmy później. Nie dość, że podjazd jest z tych "tępych" to jeszcze przednio, boczny wiatr konkretnie utrudniał nam podjazd. Na boczny wiatr natomiast trafiliśmy na zjeździe z Ladenthin do Schwennenz. Następnie chwila oddechu na odcinku Schwennenz - Grambow (tutaj troszkę żałowałem, że nie podjechaliśmy kawałek i nie zrobiliśmy tego segmentu bo była szansa na dobry czas). Następnie zmiana kierunku i do samego Locknitz wiatr z boku. W sumie nie było tak źle, bo nie za bardzo nas ten odcinek wymęczył. W Locknitz odebrałem czapkę i ruszyliśmy dalej do Grunhof. To był najfajniejszy odcinek dzisiejszego wyjazdu. 33-38 km/h non stop bez problemów i na niskim pulsie. Tak było do zmiany kierunku na Viereck. Kilkunasto-kilometrowy odcinak dał nam konkretnie w kość. Mimo, że jechaliśmy po równiutkim asfalcie bez żadnych wzniesień wiatr na otwartych polach wymęczył nas niemiłosiernie. Ten fragment chyba zadecydował o dalszych losach wycieczki w moim wykonaniu. Pojechałem ten fragment zbyt mocno i później zapłaciłem za do dość słono. Właśnie na tym odcinku trafiliśmy na nowego KOTA ;) Jeśli ktoś myślał, że znowu napiszę, że byłem u kota w Locknitz to się pomylił. Dziś byłem u kota z drewna. Na posesji jest więcej tego typu atrakcji, zostawiłem je na następne wyjazdy.
W Viereck, kolejna zmiana kierunku i dobra i szybka jazda do samego Eggesin. Mimo, że rozmawialiśmy sobie i jechaliśmy bez spiny dość szybko przejechaliśmy następne 20 km. W Eggesin przerwa na kawkę i ciastko. Jeśli to co zjedliśmy (nie całe) nazwał bym ciastkiem to bym skłamał. Krzysiek wypatrzył kawał strucla, który zażyczył sobie z okazji postoju. Cóż było robić? Innych warunków stawianych przez niego nie spełniłem to chociaż na strucle się zgodzę. No i kupiliśmy to monstrum. Obiecałem sobie, że nie kupię kawy w Netto. Obietnicy nie dotrzymałem, kawa tak samo podła jak ta w Locknitz, którą piłem nie dawno. Kwaśna i nie smaczna. Za to strucla pierwsza liga! Zjedliśmy po dwa ogromne kawałki. Jak się okazało Krzyśka dostawa świeżych kalorii zmobilizowała do ostrej jazdy, ze mną było odwrotnie. Kompletnie przestało mi się chcieć... Kolejne kilometry albo troszkę odstawałem, albo siedziałem mu na kole. Od Eggesin zmienił się wiatr (albo inaczej - to my zmieniliśmy kierunek). Odtąd całą powrotną drogę jechaliśmy pod wiatr lub z wiatrem z boku. To była istna masakra. Siły, które "zainwestowałem" wcześniej mogłem spożytkować na powrocie. Niestety nie miałem już ich. Momentami wlokłem się niemiłosiernie. Krzysiek troszkę na tym cierpiał bo musiał czekać na mnie /przy okazji dziękuję/;) Za Stobnem kolejny króciutki przystanek, bo z przeciwka wyjeżdża nam Zbyszek P. (razem we wrześniu objechaliśmy zalew). Chwilę rozmawiamy i ruszamy dalej. Razem z ostatnimi siłami skończyły mi się bidony. Na szczęście jakoś doturlałem się do Bobryka w Dobrej. Tam uzupełniamy bidony i robimy ostatni "strzał" do domu. Krzyśka łapią skurcze ale mimo to jeszcze szaleje i co chwila proponuje ściganie. Oczywiście nie odpowiadam na jego "zaczepki" i jadę swoim tempem byle tylko dojechać.
W końcu dojeżdżamy do Warzymic. To była udana ale męcząca wycieczka. Po tygodniu dojazdów do pracy taki strzał to zgon.

Koteł z Uhlenkrug

Konkurs - znajdź różnicę (łącznie jest 12 /ja tyle znalazłem/ różnych części)

Który to mój?

Totalna wyżerka

Syty = zadowolony
Kategoria ponad 100 km, z Krzyśkiem
- Dystans 145.57km
- Teren 10.00km
- Czas 05:50
- VAVG 24.95km/h
- VMAX 46.50km/h
- Temperatura 0.6°C
- HRmax 160 ( 84%)
- HRavg 133 ( 70%)
- Kalorie 2991kcal
- Podjazdy 198m
- Sprzęt Merida BigNine TFS 900 29er /2012/
- Aktywność Jazda na rowerze
Do Kostrzyna po lodzie
Niedziela, 8 lutego 2015 · dodano: 08.02.2015 | Komentarze 1
Gdybym nie zaliczył gleby chcąc zrobić zdjęcie Hondy w rowie mógłbym dzisiaj napisać, że glebobranie zostało rozpoczęte z przytupem. Nie ma co się tłumaczyć, technicznie jestem bardzo słaby. 2 i pół gleby i spacer po lodzie aby uniknąć ewentualnej kontuzji to wydarzenia, które zapamiętam na dłużej. Oprócz tego wszystko było SUPER!Plan na wycieczkę do Kostrzyna tlił się w mojej głowie od połowy tygodnia. Nie zniechęciła mnie nawet do tego pomysłu sobotnia rezygnacja Krzyśka. Jeżdżę dużo sam więc nie jest to dla mnie problem, choć w towarzystwie zawsze raźniej i ...bezpieczniej ;)
W niedzielę rano, gdy ja przygotowałem się już do startu telefon od Krzyśka. Początkowo myślałem, że chce zapytać czy się nie rozmyśliłem, a on wyskoczył z pytaniem czy nie mogę opóźnić startu. Ucieszyłem się słysząc to pytanie i zwolniłem odrobinę przygotowania.
Na miejsce spotkania wybraliśmy Mecherin. Trasę z wiatrem w plecy pokonałem w rekordowym tempie. Jak zwykle, niemieckie drogi przygotowane perfekcyjnie. Obawiałem się tylko co będzie na ścieżkach. Szczególnie martwił mnie odcinek przez las pomiędzy Mecherin, a Gartz. No i tu bardzo miłe zaskoczenie. Leśny odcinek przygotowany idealnie. Bez problemu można było go pokonać na szosie. Dalej za Gartz też super. Do samego Fredrichstahl jechało się idealnie. Sucha czarna nawierzchnia, wiatr w plecy, słońce w twarz - czego chcieć więcej? :) No właśnie było chyba za idealnie. Od Fredrichstahl zaczęły się kłopoty. Najpierw delikatnie lód leżał niewielkimi połaciami by po chwili zamienić się w taflę. Podczas odwilży samochody rozjeździły śnieg, który w nocy zamarzł i tym sposobem powstało lodowisko. Jeszcze na samym początku zaproponowałem Krzyśkowi abyśmy się wrócili kawałek i podjechali do głównej drogi. Jednak Krzysiek miał inny pomysł. Powiedział - przecież to kawałek, ścieżka pewnie będzie uprzątnięta. Jak się później okazało był to najgorszy kawałek jaki przejechałem i przeszedłem z rowerem w moim życiu. Do pierwszego upadku starałem jechać się między zamarzniętymi koleinami po ścieżce ze śniegu, do momentu gdy trafiłem tylnym kołem na lód. Tył wyprzedził przód, a ja wylądowałem na szczęście w śniegu a nie na lodzie. Drugą próbę jazdy podjąłem poboczem, a w zasadzie po lesie w śniegu. To też był średni pomysł ze względu na dziury i bardzo miękkie podłoże. O ile nie groził mi jakiś spektakularny upadek to ryzykowałem skręceniem nogi. Po jakimś czasie z tego pomysłu również zrezygnowałem. Muszę się przyznać, że zsiadłem z roweru i spory odcinek go prowadziłem. Krzysiek dzielnie przejechał całość i zaczekał na mnie na końcu ścieżki. Byliśmy przekonani, że to już koniec i asfaltowy, szeroki odcinek O-N będzie już ok. Widząc jadących z przeciwka dwóch chłopaków na szosach/cyclo-crossach byliśmy wręcz przekonani, że się bez problemu poradzimy sobie na góralach. Dwóch chłopaków, jak się okazało polaków jechało ze Schwedt. Oni ostrzegli nas przed jazdą O-N do Schwedt (do samego drewnianego mostku miał być lód) my ich ostrzegliśmy przed jazdą do Fredrichstahl. Nie posłuchaliśmy ostrzeżenia... no i musieliśmy wracać. Kawałek staraliśmy się jechać po śniegu ale szybko okazało się, że czasami lód jest przykryty śniegiem. Tutaj właśnie zaliczyłem pół upadek, udało mi się sprawnie wypiąć i poleciał tylko rower. Zdecydowałem się na powrót i jazdę asfaltem. Podczas powrotu do głównej drogi poczułem się na ubitym śniegu znów zbyt pewnie. Szybciutko zostałem skarcony znowu lądując w zaspie. Po tym incydencie już delikatnie doczołgałem się do drogi. Przejechanie i przejście tych feralnych kilku kilometrów zajęło nam prawie godzinę! Jak tylko wyjechaliśmy na asfalt zaczęliśmy odrabiać straty. Licznik rzadko pokazywał prędkość poniżej 30 km/h. Sprzyjał nam wiatr i pogoda. Słońce ogrzewało, a wiatr popychał.
Resztę trasy jechało się wręcz wybitnie. Kilka razy pozwoliliśmy sobie na małe wyścigi. Do samego Kostrzyna wjechaliśmy około 16:30. Właśnie wtedy odjeżdżał nasz drugi pociąg. Ostatni mieliśmy za godzinę. To wystarczyło abyśmy kupili bilety i zjedli obiad.
Przez większą część podróży jechaliśmy sami w cieplutkim przedziale dla osób z większym bagażem. Wysuszyliśmy ciuchy i wygrzaliśmy się przy grzejnikach. Krzysiek zakończył swoją podróż w Podjuchach, a ja swoją na Głównym. Ostatnie 7,5 km do domu było już bardzo leniwe.... Spokojnie bez większego pośpiechu dojechałem do domu o 19:30.
Dzięki Krzysztof za kolejną wspólną wyprawę ;) Będzie co wspominać.

Odcinek O-N zaraz za mostkiem po wyjeździe z lasu

Las za Fredrichstahl

Na 66 km pierwszy postój

Zawsze chciałem zrobić zdjęcie tego miejsca. Kosztowało mnie to długą gonitwę za Krzyśkiem

Mega kabanos

Niecodzienny widok - Krzysiek i termos!

Nareszcie u celu - dworzec w Kostrzynie już po remoncie
Kategoria ponad 100 km, z Krzyśkiem
- Dystans 100.50km
- Czas 04:05
- VAVG 24.61km/h
- VMAX 42.90km/h
- Temperatura 2.9°C
- HRmax 160 ( 84%)
- HRavg 139 ( 73%)
- Kalorie 2505kcal
- Podjazdy 217m
- Sprzęt Merida BigNine TFS 900 29er /2012/
- Aktywność Jazda na rowerze
Do-krę-ca-my
Sobota, 17 stycznia 2015 · dodano: 17.01.2015 | Komentarze 4
Już na wysokości Neurochlitz wiedziałem, że trzeba będzie coś dokręcić aby wyszła setka ;) Nie wiedziałem dokładnie ile to będzie? Pięć kilometrów czy może mniej. Przed Kołbaskowem byłem na 100% pewny, że zabraknie 3 km. Cóż było robić, trzeba do-krę-cać :) No i dokręcaliśmy, najpierw przejazd przez Przecław urwał 1,5 km, a potem dojazd 700 m do starych Warzymic i powrót dał oczekiwaną setkę ;)Wycieczka zaczęła się standardowo. Przyjazd Krzyśka autem do Warzymic gdzie zazwyczaj startujemy i dalej na Niemcy. Tym razem małe odstępstwo od standardu czyli kierujemy się na Przecław i na nową ścieżkę, którą Krzysiek chciał koniecznie zobaczyć. Nie ma problemu myślę sobie - nasz klient nasz pan :) Jedziemy spokojnie i rozmawiamy, a moje tętno wariuje! Myślę sobie co jest grane? Pierwsze kilometry i już prawie zawał. 140-150 ud/min troszkę mnie niepokoi. No cóż, przed nami kawałek drogi i trzeba liczyć, że "wariat" się uspokoi i zacznie pracować normalnie. Postój na poprawienie kamery w Neurochlitz uratował dopiero sytuację. Puls wrócił do rozsądnych granic i dalej jechało się już bardzo przyjemnie. Przez Mecherin, Gartz dalej do Schwedt. Bez zbędnych postojów równym tempem w dwie godziny docieramy na miejsce. Na rynku telefon do buszującego w Oder Center Piotra i szybko na miejsce spotkania przy BK. Po drodze przez osiedle nie zauważam schodów i rozpędzony skaczę z wysokości 3 stopni :) Bardzo fajne uczucie ;) Chwilkę później pojawiamy się przed BK gdzie dołącza do nas Piotr. Wykorzystujemy go jako "stróża" do naszych rowerów a sami szybciutko do OC na małe co nie co. W centrum prawie wszędzie kolejki. Aby nie wystawiać cierpliwości Piotrka na próbę wybieramy najmniej oblężone miejsce czyli mięsny przed Realem. Szybki bockwurst z bułką i kawka uzupełniły odrobinę nadwątlone siły. Wracamy do rowerów gdzie czeka zmarznięty Piotrek. Dziękujemy za przysługę i ruszamy w drogę powrotną. Aby troszkę urozmaicić trasę wracamy inną drogą. Jak się okazuje czeka na nas niespodzianka w postaci lekkiego wiatru w plecy, czyli jadąc do Schwedt nie było lekko, ponieważ jechaliśmy pod lekki wiatr. Krzysiek narzuca mocniejsze tempo. Jedzie się bardzo przyjemnie do samego Gartz. Mamy dużo czasu więc zatrzymujemy się jeszcze w Netto w Gartz na ciastko i kawę. Za 6 eur czyli ok 20 zł dostajemy dwa porządne kawałki ciasta i dwie kawy - niezła oferta.
Po kolejnym doładowaniu energii wracamy B2 przez Rosówek do Warzymic.
Dzięki Krzysiu za towarzystwo, dzięki Piotrze za pomoc ;)

Rozlewiska wzdłuż szlaku Odra - Nysa

Leszczyk w cywilnym przebraniu

Drewniany most nad kanałem przy O-N

Powrót...
Kategoria ponad 100 km, z Krzyśkiem
- Dystans 208.51km
- Czas 08:31
- VAVG 24.48km/h
- VMAX 50.30km/h
- Temperatura 15.0°C
- HRmax 165 ( 82%)
- HRavg 135 ( 67%)
- Kalorie 5787kcal
- Podjazdy 1041m
- Sprzęt Trek 1.5 /2011/
- Aktywność Jazda na rowerze
Dookoła Zalewu Szczecińskiego ...prawie ;)
Niedziela, 8 września 2013 · dodano: 16.09.2013 | Komentarze 4
No i nie udało się... Będzie o czym myśleć w przyszłym roku i co "pobijać". Start o godzinie 7:00 przy 11° - nieopatrznie pojechałem w koszulce z krótkim rękawem, zapominając o rękawkach i bluzie. Muszę przyznać, że odrobinę marzłem przez pierwsze kilometry, zanim słońce wyszło na dobre. Przed wyjazdem miałem wsiąść w pociąg w Świnoujściu. Po pierwszej setce zrobionej w prawie 3 godziny zmieniłem decyzję. W Świnoujściu czułem się tak świeżo, że byłem pewien osiągnięcia celu. Półtora miesiąca wcześniej do Świnoujścia wjechałem z językiem na wierzchu. Tym razem było inaczej. Przez pierwszą część trasy w prowadzeniu naszego "peletonu" wspomagał mnie Krzysiek. Paweł z racji, że jechał na MTB miał troszkę utrudnione zadanie i trzeba było dostosować do niego nasze tempo. Dojeżdżając do Świnoujścia stwierdził, że to on wsiada w pociąg i jedzie do domu. Pech chciał, że do najbliższego pociągu zostało ponad dwie godziny. Nie chciało mu się czekać więc postanowił towarzyszyć nam do Wolina. Po wyjeździe ze Świnoujścia złapał drugi oddech. Niemoc przeszła na Krzyśka. Jeszcze troszkę Paweł starał mi się pomagać ale przebyta trasa kosztowała go sporo. Ostatni zryw Krzyśka to podjazd przed Wolinem po krótkim odpoczynku. Zrobiliśmy nawet na podjeździe mały wyścig. Aż w końcu spadł mu łańcuch. Od tej pory było jakby uszły z niego wszystkie siły. Starałem się mobilizować kolegów do wysiłku ale nie było już z czego wycisnąć tej siły... Jeszcze w Stepnicy postój na obiad (w sumie ani ja ani Paweł nie byliśmy głodni) jednak Krzysiek musiał się zatrzymać. Do przejechania 200 km zostało 8-9 km. Po obiedzie jazda nie była już taka sama. Krzysiek zdecydował, że dociągnie jeszcze do Modrzewia i wzywa "wóz techniczny". Paweł stwierdził, że może jechać dalej ale nie mam co liczyć na pomoc w pracy z jego strony. Nie czułem się źle i mogłem jeszcze powalczyć, jednak nie było aż takiej determinacji aby osiągnąć cel.Z jednej strony troszkę szkoda, że nie udało się, jednak zawsze trzeba patrzeć na pozytywy. Pierwsza w życiu "dwusetka" zaliczona. Było niezwykle przyjemnie. Noga dobrze podawała, było dużo siły i energii (u mnie), zero kryzysów mimo, że od Anklam jechaliśmy pod wiatr. Jedyny problem jaki miałem już pod koniec to du... :) No cóż 8 godzin siedzenia na takim siodełku nie było zbyt komfortowe :)
Dziękuję chłopakom za wyborowe i wesołe towarzystwo :)

Godzina 7:00 start z Warzymic

Pierwszy przystanek przed Anklam - śniadanko

Przeprawa w Świnoujściu - Paweł, ja i Krzysiek

"Nasza meta" - tuż przed Goleniowem odpuszczamy
Kategoria z Krzyśkiem